3/30/2020

3/30/2020

Historia markiza de Valfons i madame D*** (1745)

0
Historia markiza de Valfons i madame D*** (1745)
Dziś chciałabym zaprosić Was do lektury fragmentu "Pamiętników" markiza de Valfons (1710-1786), dworzanina i wojskowego, na kartach których opisywał on zarówno życie na dworze kolejno Ludwika XV i Ludwika XVI, jak i wspomnienia z udziału w licznych wojennych kampaniach. Co ciekawe, część cywilna pamiętników napisana została przez markiza de Valfons zgodnie z regułami powieści libertyńskich: zaczyna się inicjacją seksualną, a jej rytm wyznaczają kolejne miłosne podboje. Także bezpośrednie opisy związków i romansów utrzymane zostały przez markiza w konwencji libertyńskiej opowieści: doskonale pokazuje to poniższy fragment, w którym opisał on swój przelotny związek z madame D***. Odnaleźć w nim można wiele charakterystycznych dla libertyńskiego świata motywów: poświęcony pozamałżeńskim relacjom petite maison ("mały domek") czy podporządkowane seksualnym rozkoszom wnętrza. Przede wszystkim jednak mamy tutaj do czynienia z kalkulowany na chłodno relacjami, w których miłość zastępowana jest ambicją lub wyrachowaniem. 

Jest rok 1745. Przez długi czas markiz de Valfons był oficjalnym kochankiem księżnej de R***, należącej do jednej z najznamienitszych francuskich rodów. Madame de R*** porzuciła go jednak w momencie, kiedy zwolniło się miejsce na oficjalną metresę samego króla, zajęte jednak wkrótce przez madame d'Etiolles, przyszłą markizę de Pompadour. W międzyczasie księżna de R*** przedstawiła markizowi de Valfons madame D***, kobietę światową, ale o wiele niżej od niej samej urodzoną. Zdaniem Valfonsa madame D*** zainteresowała się nim wyłącznie w celu zaspokojenia własnej ambicji: chciała posiąść tego samego mężczyznę, którego wcześniej "miała" księżna de R***. W historii tej w sposób szczególny zwraca jednak uwagę sam charakter madame D***, raz po raz przechodzący ze skrajności w skrajność: w jednej scenie żywiołowa, rozentuzjazmowana i brylująca w wielkim świecie, pod wpływem nieszczęśliwej miłości madame D*** opada z sił i staje się umierająca. Doskonale zaznajomiona z tajnikami sztuki miłości, madame D*** zdaje się pretendować do tytułu "kochanki idealnej" - w zamian nie tylko nie otrzymuje jednak ani miłości, ani nawet szacunku. 


François Boucher, "Toaleta Venus", 1751 (źr.)
        
"Mme d’Etiolles (Antoinette Poisson), żona generalnego poborcy podatkowego, liczyła sobie zaledwie dwadzieścia dwa lata, a jej wdzięk, lekkość sylwetki i piękność włosów czyniły ją podobną do nimfy. Jej zalety naturalne dopełniały wszystkie te, które może dać sztuka: była muzykalna, posiadała śliczny głos, a dzięki talentowi do deklamacji urozmaicała przyjemności króla różnymi spektaklami, w których sama odgrywała główne role. 
Pewnego dnia udałem się na bal do Hôtel de la ville, gdzie zebrała się cała Francja. Tłum był tak wielki, że dama, która mi towarzyszyła, bojąc się uduszenia, zawołała na pomoc przełożonego marszandów, pana de Bernage, który zaprowadził nas do znajdującego się w pobliżu gabinetu. Kiedy tylko weszliśmy do środka, zobaczyłem Mme d’Etiolles, w towarzystwie której zaledwie kilka dni wcześniej spożywałem kolację. Miała na sobie czarne domino, którego najwyższy nieład zdradzał, że wcześniej także musiała przeprawić się przez obecny na balu tłum. Chwilę później w gabinecie zjawiły się dwie maski, także mające na sobie czarne domina, z których jedną rozpoznałem po sylwetce, drugą po głosie: byli to M. D*** i król. Mme d’Etiolles podążyła za nimi i towarzyszyła im aż do Wersalu, gdzie kilka dni później osiadła na stałe. 
Znajdowałem się akurat u osoby, której przyszła złożyć jedną ze swoich pierwszych wizyt. Zajęty grą z panią domu, nie mogłem jednak podać ręki Mme de Pompadour, która na samym początku swojego panowania byłaby z pewnością szczęśliwa, gdyby mogła otoczyć mnie opieką. Zawsze żałowałem tej straconej okazji. Na dworze najczęściej to właśnie najmniejsze działania tworzą największe efekty i więcej są warte niż najlepsze i najdłużej oddawane usługi.  

François Boucher, "Venus i Amor",  1742 (źr.)

Kiedy byliśmy jeszcze razem, Mme de R***, moja ambitna piękność, przedstawiła mnie Mme D***, wówczas trzydziestodwuletniej i zajmującej w świecie jak najlepszą pozycję. Mme D*** wyznała mi później, że już od tego pierwszego spotkania jej uczucia do mnie zdecydowane były do tego stopnia, że porzuciła szlachcica, z którym żyła przez sześć lat i który kochał ją do szaleństwa po to tylko, żeby milcząco dać mi do zrozumienia, że od tamtej pory cała jej uwaga skierowana była wyłącznie w moim kierunku (…). Miała lożę w operze i  regularnie zabierała mnie tête à tête z Wersalu do Paryża. Ja jednak udawałem przeświadczenie, że te wszystkie uprzejmości wynikały wyłącznie z chęci wyświadczenia mi przysługi. 
Mój brak odpowiedzi w stosunku do jej nazbyt widocznych starań trwało cztery miesiące. Podstawę charakteru madame D*** tworzyły śmiałość i porywczość. Była jednak zakochana, stała się słaba i nieśmiała, w końcu zaś zapadła na chorobę wywołaną bezsennością. Helvétius, jej lekarz, próbował wyleczyć ją na wszelkie sposoby. W końcu jednak doświadczenie kazało mu uznać, że wyleczenie tego stanu nie leżało w jego w kompetencjach i powiedział jej: 
-Pani, moje lekarstwa mogą wyleczyć ciało, ale nie pomogą ani duszy, ani sercu (…). Niech ten, kto doprowadził panią do tego stanu, stanie się pani lekarzem. Ponieważ ani ja, wyznaję, pomimo największych chęci, nic tu nie zdziałam, ani cała medycyna świata. 
Wzięła to sobie do serca. Tego samego dnia, popołudniu, zobaczyłem ją jak na pół martwa leżała rozpostarta na szezlongu. Zaproponowała mi grę w try. Wyciągnąwszy moją kartę, usiadłem obok niej i powiedziałem z uśmiechem: 
-Jest więc pani bardzo chora? 
-Niestety tak, i najpewniej umrę. 
-Ach tak! Podejmę się jednak wyleczenia pani, jeżeli tylko wyzna mi pani nazwę swojej choroby. 
Wziąłem ołówek  i napisałem na karcie: kocha pani. Wyrwała mi go natychmiast i zapisała pod spodem: tak, pana, do szaleństwa. Wrzuciłem kartę do kominka, mówiąc jej: 
-Proszę być pewną rychłego wyzdrowienia. 
Trudno byłoby sobie wyobrazić efekt, jaki wywołały te słowa: jej oczy, z umierających, stały się pełne życia, a nagły napływ energii kazał jej zapomnieć o wcześniejszej słabości. Jej mąż, który odwiedzał ją każdego wieczoru, uznał tę zmianę za tak znaczną, że powiedział: 
-Musisz, pani, być bardzo wdzięczna panu Helvétiusowi. W końcu widać działanie jego leków, bo znajduję cię w tysiąc razy lepszym stanie niż wczoraj. 
Nazajutrz była już nie do poznania i w ciągu niecałych dwóch miesięcy odzyskała nie tylko krągłości i dobre samopoczucie, ale i cały swój urok. Miała tyle samo esprit, co wdzięku; w sposób doskonały posiadła sztukę kochania i potrafiła nauczyć jej innych. Jej żywiołowość i żądze napełniały ją ogniem, czarem i czułością charakterystyczną dla pierwszej namiętności. Mój dystans, chociaż pełen grzeczności, trzymał ją w nieustannym napięciu, a jej przekonanie, że ciągle jeszcze miałem tę kobietę, która mnie jej przedstawiła, czyniła ją posłuszną najmniejszym moim żądaniom. Nigdy jednak nie nadużywałem tego, wymagając od niej przyzwoitego zachowania wśród innych i zmuszając ją do skrupulatnego wypełniania obowiązków względem męża, do czego wcześniej zupełnie nie była przyzwyczajona i co budziło w niej największe zdziwienie. 


François Boucher "Venus pocieszająca Amora", 1751 (źr.)

Kiedy nasza relacja była już ustanowiona, zaproponowała mi udanie się na kolację do Paryża, do jednej z jej przyjaciółek (…). Podjechaliśmy pod bramę domu znajdującego się przy ulicy Basse-du-Rempart, skąd odesłała karocę. Wielkie podwórze, piękna klatka schodowa, rozkoszny apartament umeblowany i oświetlony miłością, wszystko to uświadomiło mi, że znajdujemy się w jej świątyni. Wnętrze to oddychało zmysłowością i swobodą. Rzuciła mi się na szyję, mówiąc: 
-Wybacz mi proszę, ty jesteś tutaj panem absolutnym, a ja nie chcę być nikim więcej, jak tylko pierwszą poddaną w twoim królestwie. 
Mój wzrok zwrócił się ku wytwornemu łożu, przy wezgłowiu którego zauważyłem nocny czepek. Miałem ochotę zapytać, czy była to korona jednego z moich poprzedników. 
Jej upojenie, ekspresja i słodkie posłuszeństwo sprawiły jednak, że zapomniałem o tym wszystkim aż do momentu, w którym zaufany lokaj nie zapukał do drzwi, powiadamiając nas tym, że podano kolację. Spędziliśmy przy stole półtorej godziny, a kiedy uznała, że posililiśmy się wystarczająco, wróciliśmy do pokoju, gdzie nowe jej pieszczoty domagały nowych hołdów. Zaprezentowałem się jako godny gościny w jej petite maison,  bo to właśnie do tego dyskretnego azylu zostałem zaprowadzony. Muszę przyznać, że tylko tam można dobrze poznać kobietę: tylko tam pozwalają one sobie na pełną swobodę; zwłaszcza w pierwszych momentach namiętności nic nie ukrywają: wszystko jest pragnieniem, żywością, czułością. Poczucie bezpieczeństwa i wolności upaja je; chcą już tylko podobać się i być kochane. 


François Boucher "Renaud i Armide", 1732 (źr.)

Chociaż nie byłem zakochany, spektakl ten zachwycił mnie. Nagle jednak moja syrena, doszedłszy do siebie, zachwycona tym, że odebrała mnie mojej poprzedniej kochance, powiedziała: 
-Teraz niech się dzieje, co chce: miałam cię. 
Urażony tym lekkim tonem, który zdradzał chęć jedynie przelotnej miłostki i zanadto będąc panem samego siebie, żeby nie kazać jej zapłacić za coś, co uznałem wyłącznie za usatysfakcjonowanie libertynizmu, odpowiedziałem: 
-Tak, miała mnie pani, ale ostatni raz. Moje działania, do osiągnięcia których potrzebowała pani sześciu miesięcy, wynikały bardziej z dobroci serca niż z upodobania. 
Co powiedziawszy oddaliłem się, gotowy do wyjścia. Wtedy ona rzuciła się do moich stóp i, płacząc, błagała mnie o przebaczenie. Pozostałem jednak nieczuły na te starania i pozostawiłem ją w stanie najgłębszej rozpaczy. Przez następne osiem dni napisała do mnie dwadzieścia listów, tak że bez przerwy miałem u siebie jednego z jej lokajów. Jako że mój gniew był udawany, pozorowałem go jedynie dopóty, dopóki uznawałem go za niezbędny. Kiedy w końcu skrucha i gorliwość w wyrażania pragnienia mojego powrotu przekonały mnie o jej stałości, wróciłem pełny przewagi, które dawały mi jej słabość i moja wykalkulowana surowość. 
      Jak wielkim smutkiem napełnia wytwornego mężczyznę pewność, że nie będzie on w stanie zatrzymać kobiety, jeśli będzie dla niej zbyt dobry i zbyt w niej zakochany! Żeby je zatrzymać, musimy skrywać przed nimi część naszych uczuć. I niech łajdaki robią co chcą rujnując je, czyniąc ich życie ciężkim, sprzeciwiając się ich woli i dając im wszelkie powody ku zazdrości! Takie to właśnie wstrętne zachowania kobiety przedkładają często nad uczciwość, słodycz, wierną miłość i szlachetność. Jest to dla mnie zagadka, której nigdy nie potrafiłem wyjaśnić, ale którą bardzo dobrze znałem z doświadczenia." 

...
"Souvenirs du marquis de Valfons", Paris 1860, s. 132-138, tłumaczenie moje. 

2/12/2020

2/12/2020

"Bierzemy się bez miłości, rozstajemy bez nienawiści". Kilka refleksji o dialogach Crébillona

0
"Bierzemy się bez miłości, rozstajemy bez nienawiści". Kilka refleksji o dialogach Crébillona
Po teksty Crébillona sięga się zazwyczaj w nadziei na lekturę lekką, przyjemną i wesołą. W taki sposób zazwyczaj przedstawia się jego twórczość, taki też odbiór zapewnia „Sofa” - z pewnością najsłynniejsza w Polsce powieść tego autora. Z pozoru ten sam lekki i przyjemny nastrój odnaleźć można także w dwóch dialogach Crébillona: „Nocy i chwili” (1755)  oraz „Igraszki kącika przy kominku” (1763) (1). Akcja "Nocy i chwili" umiejscowiona jest w sypialni Cidalise, do której nieoczekiwanie wkracza Clitandre - jego jednoznaczne zamiary wobec Cidalise wskazuje już sam fakt, że ma on na sobie wyłącznie jedwabną robe de chambre.  W "Igraszkach kącika przy kominku" dialog toczy się natomiast między młodą libertynką Célie a Księciem, który jest jednocześnie oficjalnym kochankiem Markizy, jej najlepszej przyjaciółki. 


Louis Marin Bonnet, Kochanek wysłuchany, ok. 1785, The MET, Nowy Jork (źr)

1/06/2020

1/06/2020

Stan ważniejszy niż płeć, czyli dlaczego koronki nie odbierały XVIII-wiecznym mężczyznom męskości

0
Stan ważniejszy niż płeć, czyli dlaczego koronki nie odbierały XVIII-wiecznym mężczyznom męskości

Do napisania dzisiejszego wpisu zainspirował mnie fragment z klasycznego już opracowania "Rokoko" Władysława Tomkiewicza z 1988. Chociaż od jego wydania upłynęły już ponad trzy dekady, w dalszym ciągu uznać można je za jedną z najlepszych polskich książek poświęconych sztuce francuskiego rokoka. Bardzo mocno należy tu jednak podkreślić słowo „sztuce” - pierwsze rozdziały "Rokoka", poświęcone przemianom we francuskiej obyczajowości i mentalności przełomu XVII i XVIII wieku, mogą już bowiem budzić pewne zastrzeżenia. Tk jak poniższy fragment poświęcony „rokokowemu mężczyźnie”:   

mężczyzna w szybkim tempie uległ feminizacji; uperfumowany, o starannie wygolonej i wypudrowanej twarzy, w białej peruce zakończonej warkoczykiem, w kolorowym fraku ozdobionym koronkami, w pończochach i pantofelkach – już samym swym wyglądem świadczył o preponderancji kobiecości. Ponadto feminizował się wewnętrznie, przejmując od kobiety pewne, nie zawsze najlepsze skłonności: oddaje się chętnie plotce, obmowie, intrydze miłosnej („intrigue galante”) i ostatecznie przyczynia się tym do krystalizacji specyficznego dla rokoka klimatu towarzyskiego [1].

Artysta nieznany na podstawie Jeana-Marca Nattiera, Książę de Richelieu, marszałek Francji, 1732-1742,
 The Wallace Collection (źr.)

12/17/2019

12/17/2019

"Fabricating Women" - po drugiej stronie świata ubiorów doby ancien régime'u

0
"Fabricating Women" - po drugiej stronie świata ubiorów doby ancien régime'u

Jakie skojarzenie może wywołać połączenie terminów "ubiory" i "XVIII wiek"? Biorąc pod uwagę sposób, w jaki ukazuje się i mówi o modzie tego stulecia, przed oczami wielu osób (nawet niechcący) stanąć mogą kapryśne arystokratki o pokrytych różem policzkach, ubrane w bogato zdobione, taftowe suknie, noszące mieniącą się blaskiem drogocennych klejnotów biżuterię, o misternie ułożonych, ozdobionych piórami fryzurach. W istocie, kiedy czytamy różnego rodzaju książki czy przeglądamy obrazy i ryciny, świat XVIII-wiecznej mody może zacząć jawić nam się jak cudowna baśń, w której, po wypowiedzeniu odpowiedniego zaklęcia, naszym oczom ukazuje się świat pełen broszowanych w egzotyczne wzory jedwabi, sukni o niezwykle misternych zdobieniach i wspaniale haftowanych kamizelek. Baśń, w której dobra wróżka Rose Bertin za pomocą nonszalanckiego ruchu różdżki wyczarowuje królowej Marii Antoninie coraz to bardziej fantazyjne kreacje.



Chociaż absurdalna, wizja ta nie jest wcale trudna do wykreowania w momencie, kiedy w większości opracowań poświęconych XVII i XVIII-wiecznym ubiorom informacje ograniczają się do omówienia już gotowych produktów z najwyższej półki i sposobu, w jaki były one następnie użytkowane. Cała nasza uwaga kierowana jest na użytkowników dóbr, podczas gdy to, kto, w jaki sposób oraz w jakich warunkach owe dobra wytworzył, pozostaje właściwie przemilczane. Fakt, że jak mantra na kartach takich publikacji powtarzane jest wyłącznie nazwisko Rose Bertin, tylko dodatkowo zakrzywia rzeczywistość: można by sobie wyobrazić, że każda ówczesna marchande de modes posiadała własny butik w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Paryża i rzeszę zamożnych klientek, których suknie niemalże od niechcenia zdobiła wstążkami. 


Recueil de modes, t. 3, "Krawcowa", Source Gallica/BnF (źr.)

Samodzielne gromadzenie informacji na temat sposobu funkcjonowania sektora odzieżowego w czasach ancien régime'u może wydać się jednak żmudne i mało fascynujące. Na szczęście dla wszystkich poszukujących szczegółowej wiedzy, w 2001 roku na rynku wydawniczym pojawiła się książka Fabricating Women. The Seamstresses of Old Regime France, 1675-1791, monumentalne dzieło autorstwa Clare Haru Crowston, profesor historii na Uniwersytecie Illinois w Urbanie i Champaign. Tekst tej książki liczy ponad 400 stron, a przypisy zajmują dodatkowe sto. Czcionka jest niewielka, ilustracji kilkanaście, a ilość zawartej na kartach tej książki wiedzy - niepoliczalna. Trudno jest wyobrazić sobie ilość pracy, jaką autorka musiała włożyć w zgromadzenie wszystkich zawartych w niej informacji i następnie w przekształcenie ich w przejrzyście ustrukturyzowane opracowanie. Bez wątpienia wielką zaletą tej książki jest fakt, że napisana została przez historyka: nie znajdziemy w niej żadnych "frywolnych" interpretacji, cała narracja opiera się na faktach, liczbach i innych niezwykle szczegółowych danych. 


Recueil de modes, t. 3, "Fryzjerka", Source Gallica/BnF (źr.)

Fabricating Women to, z jednej strony, opowieść o ambitnych kobietach z ludu, które dzięki własnej przedsiębiorczości i ciężkiej pracy zyskiwały pełną finansową niezależność i prowadziły świetnie prosperujące pracownie, w których zatrudniały po kilkanaście osób. Z drugiej strony jest to jednak również opowieść o tych kobietach, dla których szycie bardzo często stanowiło jedyny ratunek przed popadnięciem w nędzę. Ubiór daleki jest tu od sfery luksusu i frywolności, zdecydowanie bliżej jest mu do zgarbionych pleców i pokłutych igłą palców. Tym samym mamy tu też do czynienia z innym obrazem XVIII-wiecznego świata niż ten, do którego najczęściej jesteśmy przyzwyczajeni: zamiast delikatnych pasteli królują tu różnorodne odcienie szarości. Podczas lektury Fabricating Women niejednokrotnie przychodzili mi na myśl Nędznicy Wiktora Hugo: dość wspomnieć rozdział poświęcony tym ubogim dziewczętom, dla których krawiectwo nierzadko stanowiło jedyną alternatywę dla prostytucji. 

Jeśli chodzi o zagadnienia poruszane w książce, warto wymienić następujące: 

-jak wyglądała droga od praktykantki do mistrzyni
-jak wyglądał egzamin na mistrzynię (maîtresse)
-jak wyglądały i funkcjonowały różnego typu pracownie krawieckie 
-jakimi technikami i za pomocą jakich narzędzi tworzono poszczególne typy ubiorów
-jak wyglądały zarobki kobiet pracujących w sektorze odzieżowym 
-w jaki sposób krawcowe zdobywały nowe klientki 
-dlaczego większość zamożnych klientek zamawiała nowe ubiory na kredyt i w jaki sposób mogło to być opłacalne dla samych krawcowych 
-jakie alternatywy w stosunku do ubiorów szytych na miarę posiadali ludzie niezamożni 
-jakie prawa posiadały kobiety w obrębie poszczególnych cechów i w jaki sposób o nie walczyły.

Recueil de modes, t. 3, "Krawiec i krawcowa", Source Gallica/BnF (źr.)


Bardzo dużą zaletą Fabricating Women jest to, jak dużo miejsca Crowston poświęca francuskiej terminologii. Za każdym razem, kiedy przywołuje jakiś termin, zamieszcza także jego francuski odpowiednik z epoki. Dzięki temu angielska mantua staje się francuskim manteau, a angielskie stays - francuskim corps. Moim zdaniem jest to zabieg niezwykle ważny, ponieważ pozwala na późniejsze opisywanie francuskiego świata odzieżowego za pomocą oryginalnej terminologii. Dzięki temu też łatwiej zrozumieć jest pewne charakterystyczne dla niego niuanse, które szczególnie widoczne są właśnie na poziomie języka. Dość wspomnieć fakt, że w języku francuskim krawca określano mianem tailleur, krawcową natomiast - couturière. Nie wspominając np. o kobietach zatrudnionych w innych sektorach związanych z odzieżą, z których każda określana była za pomocą innego terminu. I tak np. sprzedawczyni bielizny znana była jako lingère


Antoine Raspal, Pracownia krawcowych w Arles, Musée Réattu (źr.)


Trudno byłoby mi wskazać jakiekolwiek słabe strony Fabricating Women. Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, która umili nam zimowe wieczory. Jest ona po brzegi wypełniona informacjami, tak, że właściwie cały czas podczas czytania należy zachować pełne skupienie. Także jej język (przynajmniej z mojej perspektywy), jest dość trudny i pełen specjalistycznej, odzieżowej i cechowej terminologii. Muszę też przyznać, że książka ta nie należy do najbardziej wciągających i trzymających w napięciu, ale też nie to jest jej głównym celem. Pod wszystkimi innymi względami jest to jednak książka perfekcyjna, która w sposób niemal całkowity zmienia sposób patrzenia nie tylko na same ubiory, ale i na samą modę ancien régime'u.

9/28/2019

9/28/2019

Wenus z chusteczką do nosa, czyli "O schludności" (1806)

4
Wenus z chusteczką do nosa, czyli "O schludności" (1806)
Na dziś przygotowałam dla Was tłumaczenie jednego z rozdziałów fascynującej książki Auguste'a Carona "Toaleta dam, albo Encyklopedia piękna" (Toilette des dames, ou Encyclopédie de la Beauté) z 1806 roku. Na początku warto zaznaczyć, że główną tezą owego dzieła jest twierdzenie, że jedynym celem kobiecego dbania o wygląd jest chęć podobania się mężczyźnie. Wbrew pozorom, nie jest to jednak tekst o kobietach. Jeśli wczytać się w niego uważnie, okaże się, że jest raczej tekst o mężczyznach. O mężczyznach którzy wywyższyli kobietę do rangi bogini tylko po to, żeby pozbawić ją człowieczeństwa i odmówić jej tego wszystkiego, co z człowieczeństwem związane. O mężczyznach, którzy, niezadowoleni z tego, jak kobieta została stworzona, postanowili stworzyć ją na nowo: nie będąc jednak w stanie pozbawić jej układu oddechowego, pokarmowego i moczowego (bo płciowy dobrze byłoby zostawić, chociaż tylko pod pewnymi warunkami), nakazali jej udawać ich brak - po to tylko, by sami mogli łudzić się, że tych układów nie posiada i by mogli wyobrażać sobie, że oto mają do czynienia z Wenus Kapitolińską. Chociaż autor bardzo często podkreśla, że tekst ten dedykowany jest kobietom, w rzeczywistości bardziej przypomina on skomponowaną dla męskich czytelników utopię, w której całe życie kobiety podporządkowane jest chęci zadowolenia mężczyzny. 
Żeby jednak nikomu nie narzucać własnej opinii, zapraszam Was do lektury siódmego rozdziału "Encyklopedii piękna", pod wiele mówiącym tytułem "O schludności". 


Copyright © Modna historia , Blogger